3. wyprawa z misją pomocy do Afryki (cz.5)
Półtorej godziny przed wyjazdem z Rwandy otrzymujemy sms z Polski: „Podali, że był napad na dom prezydenta Kongo, ale jego i żony nie było w domu. Jednak zginęło 17 osób. Bądźcie ostrożni”.
„Macie nieważne wizy, wracajcie do Rwandy!” – tymi słowami żegna nas już trzeci z kolei funkcjonariusz kongolijskiej straży granicznej wnikliwie badając każdą stronę polskich paszportów. W międzyczasie bąknął o możliwości wykupu wizy za 250 dolarów od osoby. Wbite wizy oczywiście są ważne, opłacone przed kilkoma dniami w stolicy Burundi. No cóż, kolor naszych skór zachęca urzędników do wyłudzenia dodatku specjalnego do skromnej pensji. Nie mamy zamiaru ani kupować drugiej wizy trzykrotne droższej od tej, którą już mamy w paszporcie ani dawać „w łapę”, bo … nie wypada, w Polsce to przecież karalne. Aby wrócić do Rwandy trzeba wypełnić wniosek wizowy przez Internet, do którego - tu na pasie ziemi niczyjej - nie ma dostępu. Cóż robić?
„Idźcie do cienia i nie rzucajcie się w oczy” – uprzedza nas telefonicznie s. Barbara. Informuje, że przyjedzie na przejście graniczne i zobaczy co da się zrobić.
Wcale nie było oczywiste, że po dwóch godzinach niepewności będziemy mknąć motorkami po powulkanicznych, dziurawych ulicach, chyba najbrzydszego miasta na świecie, Goma - do Ojców Pallotynów na nocleg. Dotarło do nas, że to Aniołowie sprawili, iż ważny miejski urzędnik ostatecznie wpuścił nas „z misją pomocy” do państwa bezprawia.
Nazajutrz mkniemy dżipem po wyboistej drodze z zawrotną prędkością 60 km/h w kierunku Ntamugenga. Zanim jednak wydostajemy się z Goma chowamy wszelki dobytek wszędzie tam gdzie podpowiadała nam wyobraźnia. „To na nic się zda jeżeli zatrzymają nas rebelianci – ostrzega s. Barbara, ale w przypadku żołnierzy może się uda”. Okazuje się, że w Kongo nie można liczyć nawet na tych, którzy powinni stać na straży bezpieczeństwa. Niedofinansowana armia ma przyzwolenie na uprawianie bezprawia – „macie karabiny, radźcie sobie” – podobno tak mówi sam prezydent. Widok wojskowych z ciemnymi okularami i bandamkami na czołach oraz z karabinami i ręcznymi wyrzutniami w dłoniach budzi niepewność.
Po osiemdziesięciu minutach, jak dotąd - najniebezpieczniejszej jazdy po Afryce, serca z powrotem opadły z gardeł i zajęły właściwe miejsca za mostkiem. Jeszcze tylko po kolacji krótki instruktaż od misjonarki: „W razie strzałów połóżcie się pod oknem w swoim pokoju. Możecie też przykryć się materacem - ponoć zatrzymuje kule (…) i dobranoc”.
Siostry od Aniołów pracują w Demokratycznej Republice Konga od kilkunastu lat. Kilkakrotnie doświadczyły napadów rabunkowych. A jednak trwają na misyjnym posterunku. Tylko podziwiać! W Ntamugenga prowadzą szpital, ośrodek dożywiania i ochronkę dla dzieci. Uczą katechezy w szkole oraz opiekują się licznymi sierotami.
Szpital robi na nas dobre wrażenie. Pracuje w nim aż dwóch lekarzy (jeden stażysta). Oglądamy miejsce na inkubator, o który staramy się od miesiąca.
Teraz wcześniaki by przeżyć otulane są ciepłymi kocami. Oprowadzająca nas misjonarka wspomina o potrzebie zakupu małego aparatu rentgenowskiego – „włączalibyśmy agregat prądotwórczy na czas pracy urządzenia - niezbędnego do stawiania poprawnej diagnozy ". W szpitalu nie ma prądu.
W szpitalu spotykamy wiele niedożywionych dzieci. Widok nie należy do przyjemnych. Serce ściska za gardło widząc wychudzone twarzyczki oraz nóżki i rączki. Siostra tłumaczy, że to efekt niedoboru węglowodanów w organiźmie. Na szczęscie dzieci są do uratowania.
Chwilę strachu przeżywamy w sali porodowej. Jesteśmy świadkami zabiegu cesarskiego cięcia. Lekarz każe młodziutkiej matce zmówić modlitwę. Po „Zdrowaś Mario” pacjentka traci przytomność. Z uwagą śledzimy naszą pierwszą cesarkę. Kiedy zespół operacyjny walczy o życie noworodka „Zdrowaś Mario” pojawia się także na naszych ustach. Dopiero po 10. minutach mały Paul Robert zaczyna płakać. Co za ulga. Radość.








