O czym marzą dzieci w Afryce?
Wywiad z prezesem fundacji Robertem Nogą
część 1/5
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu ich kuzyni byli kanibalami. Teraz to temat tabu; wstydzą się o tym mówić. Nguelemendouka, południowo-wschodni rejon Kamerunu, to najuboższa część tego kraju porośnięta tropikalną dżunglą. Ale to z jej mieszkańcami, a konkretnie - plemieniem Maka (potomkami kanibali), zaprzyjaźnił się Robert Noga, nauczyciel pedagogiki specjalnej, wielki miłośnik Afryki.
Ongyles, czyli w języku maka: witam serdecznie. Czy może pan opowiedzieć o Afryce w taki sposób, żebym „poczuła” ten kontynent?
To raczej niemożliwe. Żeby „poczuć” Afrykę, trzeba widzieć ją nie tylko oczyma, ale i sercem. Po raz pierwszy pojechałem do Afryki 2,5 roku temu na zaproszenie zaprzyjaźnionej ze mną siostry ze Zgromadzenia Sióstr św. Michała Archanioła, która w Nguelemendouka prowadzi przedszkole, szkołę podstawową i sierociniec. Chciałem zobaczyć jak pracują polscy misjonarze, poznać zwykłych Afrykanów. Zabrałem ze sobą kolegę, zapalonego podróżnika Pawła Werakso, by dodał mi odwagi… Od tamtej pory wracałem kilkakrotnie do Afryki; nie tylko do Kamerunu, byłem także w Rwandzie, Burundii, Kongo.
Jakie ma pan skojarzenia mówiąc „Afryka”?
Wielki, ciągnący się tysiącami kilometrów skansen. Niesamowita nędza. Umorusane dzieci, ubrane w podarte koszulki, stanowiące nierzadko ich jedyny majątek.
Musiał pan chyba już wcześniej wiedzieć, że tak właśnie wygląda Afryka. Tego rodzaju obrazy przekazują nam media, foldery. Dlaczego ten widok pana zdziwił?
Rzeczywiście, znałem Afrykę z telewizji i zdjęć. Ale to były tylko fotografie, liczby i słowa. Natomiast kiedy człowiek znajdzie się w centrum tego fotografowanego i opisywanego świata, musi na niego spojrzeć własnymi, nie cudzymi oczyma. Nie może odłożyć gazety, wyłączyć telewizora i zająć się czymś innym. Dostrzega więc, że niemal 90% ludności żyje w wielkim ubóstwie, w tym duża część w skrajnej nędzy. Tylko nieliczni mają stałą pracę i żyją w miarę wygodnie. To zazwyczaj urzędnicy, lekarze, sklepikarze.
Poznał pan rodziny z plemienia Maka. Miał pan okazję bywać w ich domach?
Mieszkając w placówce misyjnej w Nguelemendouka spotykałem się z dziećmi, które chodziły do szkoły prowadzonej przez siostry. Wszystkie dzieci nazywały mnie bon pére (z franc. mój ojcze). A dla bon pére, czyli misjonarza ich chaty stały otworem. Nie byłem misjonarzem, ale dla tamtych dzieci i ich rodziców każdy biały człowiek, który przyjeżdża do szkoły, musi nim być. Rodziny są z reguły wielodzietne. Dzieci to – w ich mniemaniu - niezwykły dar boski. W domach wychowują się razem z dziećmi własnymi także przygarnięte przez rodziców sieroty. Bo sieroctwo w Kamerunie to poważny problem. Mnóstwo dzieci traci rodziców, którzy umierają głównie z powodu malarii i AIDS.
Czy państwo pomaga takim rodzinom?
Jak dzieci zaspokajają głód w ciągu dnia?
Czasem zjedzą banana, czasem upolują i uwędzą mysz lub szczura, często rozkopują kopce termitów i wyjadają je. Podczas przerw w nauce szkolnej dzieci często biegną do dżungli, aby rozkopywać kopce termitów. A tylko nieliczne, które otrzymały od rodziców pieniądze, kupują pączki z manioku lub oranżadę, czyli wodę zabarwioną na kolorowo. Szkoła nie prowadzi dożywiania, ponieważ nie ma na to środków. Podwieczorek dostają tylko przedszkolaki. Na terenie szkoły stoi jedynie kilkusetlitrowy baniak z wodą. Wodą z amebami. Nam taka woda szkodzi, ale miejscowym nie. Wszyscy piją tam wodę z rzeki. Każdego dnia po południu całe rodziny udają się nad rzekę, gdzie się myją i czerpią wodę do dzbanów, aby w domu służyła do przygotowania posiłku i picia.
Jagoda Siwiec
- współtwórca i wieloletni zastępca redaktora naczelnego
magazynu dla rodziców "Mam dziecko"
Wywiad ukazał się
w nr 7/2011 dwumiesięcznika "Problemy opiekuńczo - wychowawcze"








