O czym marzą dzieci w Afryce?
część 5/5 ost.
Zaraz po pierwszym przyjeździe z Afryki razem ze swoim towarzyszem podróży Pawłem Werakso założyliście Fundację Dzieci Afryki. W jaki sposób pomagacie najmłodszym mieszkańcom Czarnego Lądu?
W Nguelemendouka wspieramy trzy rodziny, o których już mówiłem i opiekujemy się dziećmi tego zmarłego katechisty. Podkreślam - dziećmi, nie rodziną, bo ich matka po śmierci męża wyprowadziła się do innego mężczyzny. Zgodnie z tradycją plemienia Maka opiekę nad owdowiałą matką powinien przejąć najstarszy syn. Tak też chciał zrobić, ale matka sprzeciwiła się tradycji i porzuciła dom. Dzieci trafiły do różnych rodzin. Dla tych dzieci wysyłamy pieniądze na adres ośrodka misyjnego. Aby rodziny opiekujące się dziećmi mogły je otrzymać, muszą wykonać pracę na rzecz misji - sprzątają, pomagają w uprawie poletka itp. Wspieramy też sierociniec w Nguelemendouka. Z myślą o nim uruchomilismy progrma "Adopcja Serca" oraz stworzyliśmy nowy pod nazwą „Bilet do Świata”. Opłacamy naukę w szkołach ponadpodstawowych najbardziej zdolnym, pilnym, chętnym do zdobywania wiedzy podopiecznym Oratorium. Mamy też pod opieką dwoje studentów. Dziewczyna kończy dwuletnie studium okulistyczne w stolicy Kamerunu i prosi o podstawowe urządzenie do badania wzroku. Gdyby udało się je zdobyć, mogłaby samodzielnie prowadzić praktykę okulistyczną. Miałaby pracę i stałe źródło utrzymania.
W tym roku podczas pobytu w Rwandzie odwiedziliśmy z Pawłem Centrum Dożywiania dla Głodujących Dzieci w Nyakinama. Prowadzą je polskie zakonnice. Podczas spotkania jedna z nich wyznała, że mają jedno wielkie marzenie: mleczną krowę. Mleko w Rwandzie jest drogie; w Centrum siostry dożywiają dzieci głównie mlekiem w proszku, które nie jest tak wartościowe jak naturalne. Ale naturalne nie jest w Afryce bezpieczne - nie wiadomo skąd pochodzi i czy było badane. Ale zdrowa mleczna krowa kosztuje aż 1000 euro. Na naszej stronie internetowej ogłosiliśmy apel o wsparcie zakupu krowy. No i udało się. Krowa Nziza dotrze do Centrum tuż po wakacjach. Dodam jeszcze - Nziza oznacza w języku kinyarwanda „piękna”, a tak nazwały ją dzieci podczas konkursu na imię dla krowy.
Obecnie czekamy na zgodę Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie pomocy dla ośmioletniego chłopca z Konga. Bubu nie słyszy i nie mówi. Uciekł od ojca alkoholika i przez pół roku włóczył się po kraju. Przygarnął go inny 16- letni sierota, któremu prężnie działająca w Polsce instytucja wybudowała dom. Mieszka w nim z młodszym, upośledzonym umysłowo bratem. Żeby móc się komunikować z Bubu, obaj bracia opracowali własny język migowy, a siostry zakonne umożliwiły mu pobyt w ochronce, w której opiekują się dziećmi przez 3 godziny dziennie. Bubu był najstarszym podopiecznym. Szybko nauczył ich swojego języka migowego. Jest bardzo inteligentny i zabawny.
Chcieliśmy mu pomóc. Ale w tej części Kongo nie ma ośrodka dla głuchoniemych. Siostry znalazły taką placówkę w Rwandzie. Pokryliśmy koszty przejazdu. Lekarze z Rwandy nie mogli się nadziwić, że białej siostrze chciało się przyjechać z tak daleka tylko dlatego, żeby pomóc jednemu chłopcu, których są tysiące na ulicach. Nie wzięli pieniędzy za konsultację. Okazało się, że Bubu urodził się zdrowy, ale stracił słuch, bo we wczesnym dzieciństwie chorował na zapalenie ucha. W ośrodku dobrano mu aparat słuchowy, za który też zapłaciliśmy. Ale pojawił się następny problem - trzeba nauczyć go mówić. W Rwandzie zgodzono się przyjąć chłopca do ośrodka, będzie tam przebywał od stycznia 2012 r. Koszt jednego trymestru wynosi 63 dolary, zaś pełen koszt rocznej edukacji wraz z dojazdami do sąsiedniej Rwandy, opłaty graniczne itp. to już wydatek ok. 1.500 dolarów.
Podróżując po Afryce widzimy, gdzie, komu i w czym możemy pomóc. W tym roku byliśmy w Burundii. Ktoś dał nam 30 strojów kąpielowych. Zabraliśmy je, ale nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić. Mieszkaliśmy w górach, po co więc stroje kąpielowe w takim miejscu? Ale przyglądając się mapie zobaczyliśmy, że niedaleko znajduje się najdłuższe jezioro Afryki - Tanganika. „Zabierzmy tam dzieci ze slumsów” - zaproponowaliśmy. Wynajęliśmy 20-osobowego busa, a pojechało nim 47 dzieci. Był to najszczęśliwszy i najgłośniejszy autobus na świecie. Niewiele dzieci jechało kiedykolwiek przedtem busem, a żadne nie widziało jeziora. Oniemiały na widok tak wielkiej wody. Przebrały się w kostiumy, taplały w wodzie, potem graliśmy w piłkę. Na koniec kupiliśmy wszystkim frytki z ketchupem, colę i fantę. Tyle frajdy za jedyne 100 dolarów.
Dlaczego pomagacie afrykańskim dzieciom, skoro w Polsce jest tyle biedy? A poza tym wiele organizacji pomaga Afryce. Czy ta zewnętrzna pomoc nie zwalnia afrykańskich rządów od obowiązku pomocy swoim obywatelom?
Potrzeby są tak duże, że sami Afrykańczycy sobie nie poradzą. I nie jest to ta sama bieda co w Europie. My mamy cały system pomocy dzieciom, mniej lub bardziej skuteczny, ale teoretycznie żadne dziecko nie powinno zostać bez pomocy i opieki.
Jakie są afrykańskie dzieci?
Takie jak na zdjęciach - ciągle uśmiechnięte. Tylko dzieci chore i głodne się nie śmieją. Nie zapomnę chłopca, którego spotkałem w Gamboula, w Republice Środkowej Afryki. Miał smutne, poważne oczy. Zapytałem lekarza, czy mogę coś dla niego zrobić. Nie - odpowiedział -. chłopiec jest w ostatnim stadium choroby głodowej, umrze za tydzień lub dwa.
Pierwsze i najważniejsze marzenie niemal wszystkich afrykańskich dzieci to najeść się do syta. W następnej kolejności - żeby mieć ubranie na zmianę. W listach, które otrzymuję po powrocie z Afryki, dzieci proszą o worek ryżu, buciki, sukienkę, książkę do nauki francuskiego, o zeszyty, długopis. Albo - o biały chleb. Bo biały chleb jedzą jedynie biali i bogaci.
Gdyby jakaś polska szkoła lub klasa chciała ofiarować swoim kolegom z Afryki np. zeszyty czy maskotki, byłby to dobry pomysł?
Bardzo dobry, choć jeśli chodzi o zeszyty, to one są ciężkie, więc przesyłka dużo kosztuje. Ale długopisy, ołówki, gumki, linijki są lekkie, a przydadzą się bardzo. Misjonarze częściej jednak mówią o przesyłkach pieniężnych, bo oni znają potrzeby swoich podopiecznych i mogą kupić to, czego im najbardziej brakuje. Kiedy bywam w polskich szkołach, uczniowie pytają mnie o zabawy, codzienne zajęcia afrykańskich dzieci, o to czego i jak się uczą. Ale częściej słuchają. Kiedyś napisano do mnie, że moja wizyta w szkole to była to najwspanialsza lekcja geografii, jaką kiedykolwiek mieli.
1 czerwca to Międzynarodowy Dzień Dziecka. Czy także w Afryce?
- współtwórca i wieloletni zastępca redaktora naczelnego
magazynu dla rodziców "Mam dziecko"
Wywiad ukazał się
w nr 7/2011 dwumiesięcznika "Problemy opiekuńczo - wychowawcze"








